


Miniony weekend nad Wdzydzami upłynął bardzo muzycznie. Można było wybierać pomiędzy klimatami szantowymi Burczybasa w Stanicy PTTK i luzackim rytmem reggae i ska (to nie jest skrót od spółki) w Lipie. Trochę niepotrzebne dylematy, co wybrać? Tutaj należy się przytyk do organizatorów obu imprez, o brak koordynacji w czasie.
Wybrałem reggae, bo to zdecydowanie luźniejsze klimaty od roboczych piosenek o ciągnięciu szotów lub żalu za Irlandią czy innej Marry.
Impreza ściągnęła do Lipy wielu fanów z całej Polski. Przekrój wiekowy publiki od 7 do 50 lat, na oko. Żeglarzy, przynajmniej tych których rozpoznałem po braku dredów, zaledwie kilku. Miałem okazję posłuchać występów trzech wykonawców : Lion Vibrations, Paraliż Band (grał w Lipie w ubiegłym roku na Srebrnej Szekli) oraz Gera Moralez. Problematyka poruszana w warstwie wokalnej wykonawców reggae skłaniała mnie do zastanowienia się nad odpowiedzią na pytania w rodzaju : skąd przybywamy i dokąd zmierzamy. Pomocą w odpowiedzi na te filozoficzne zagadnienia, służyła literatura z gatunku „bursztynowej pianki”. W miarę głębszego wczytywania się w ową literaturę, której lektura powoli drenowała moją kieszeń, odpowiedzi na wzmiankowane powyżej pytania, przychodziły łatwiej.
Jak zwykle u Andrzeja Knittera, impreza musiała wypaść doskonale. Podkreślenia wymaga doskonałe nagłośnienie i oprawa sceniczna. Nie zapomniano o gastronomii i pamiątkach i strojach klimatu rasta i Boba Marleya. Sądząc po ilości osób pląsających w rytmie falowania reggae, impreza była udana. Gdy opuszczałem około godziny drugiej, rozkołysany tłum spod sceny w Lipie, po drodze do domu towarzyszyła mi jeszcze dobiegająca znad jeziora, jakże sympatyczna muzyka tego udanego wieczoru.
Plotki głoszą, że nie jest to jedyny taki koncert tego sezonu w Lipie. Tak trzymać Andrzeju !
Ahoj.



